Dzięki nożycom do cięcia mgły i parasolowi przedarłam się wczoraj z Poznania do Filharmonii Pomorskiej. Rozsiadłam się jakieś dwadzieścia minut przed rozpoczęciem koncertu na swoim miejscu, przeczesałam wzrokiem program i pogrążyłam się w oczekiwaniu na utwór Oliviera Greifa. Czekaniu towarzyszyło rozmyślanie: jak to jest, że na tego Greifa to ja się wprost doczekać nie mogę, a Beethovenowi jakoś nie mogę zapomnieć partii wokalnych w IX symfonii i dlatego czekam na niego jakby mniej. A potem, już po zapowiedzi koncertu, ogarnął mnie doskonały nastrój, bo na scenę zaczęła wchodzić orkiestra, co oznaczało, że za chwilę pojawi się tam i Marc Minkowski czyli dyrygent ulubiony za cech tak wiele, że nawet nie zaczynam wymieniać. Już na pierwszych taktach II Symfonii w mojej wyobraźni pojawił się pomnik Beethovena (takie to człowiek w głowie nosi schematy). I podczas wykonania zaczął ożywać – tu machnął palcem, tam poruszył brwią, kącikiem oka, tam mu podbródek drgnął – chyba bawił się dobrze Bo to była zabawa w gonienie króliczka. MM i Sinfonia Varsovia raz po raz łapali go lekko za ucho, wołając: „Mozart, Mozart”, „Haydn, Haydn”. Był w tym lekko szelmowski chichot i sporo wdzięku.
A później już wyczekany Koncert na wiolonczelę i orkiestrę „Durch Adams Fall” Oliviera Greifa z 1999 roku. Jak powiedział Marc Minkowski w zapowiedzi, to koncert przeznaczony do wykonania po zakończeniu liturgii, medytacja nad upadkiem człowieka. Partię solową wykonywał Henri Demarquette, któremu ten koncert jest dedykowany, i który oczywiście uczestniczył w prawykonaniu w Katedrze Notre-Dame. Mam wrażenie, że Greif eksploruje swoją muzyką mroczne obszary ludzkiej natury. Ale nie ma w tym straszenia, grożenia palcem, epatowania grozą. Jest medytacyjny wgląd – jak gdyby patrzył i kontemplował wewnętrzny krajobraz, płynnie „prowadząc kamerę”, nie oceniając tego, co widzi, „filmując”, żeby nam o tym opowiedzieć. Dla mnie wczoraj na Greifie czas się zatrzymał. I miałam wrażenie, że muzycy grali duszą, a Marc Minkowski duszą dyrygował. Solista bardzo sugestywny i naturalny – wyraźnie ma tę muzyką uwewnętrznioną, wprowadzoną do krwioobiegu. Po wykonaniu zarówno Henri Demarquette jak i Marc Minkowski pełni wzajemnej i ogólnej wdzięczności za to, co się wydarzyło. To było bezcenne pół godziny. Greif pozostawił mnie w stanie wewnętrznej ciszy, trudno to właściwie opisać. Wokół chodzili, rozmawiali ludzie (była przerwa), odbierałam to wszystko bez przykrości, ale sama jeszcze byłam tym, co usłyszałam przed chwilą. I trochę się bałam, czy pod wpływem V Symfonii, jej ekstrawertycznej energii, nie rozpadnę się na kawałki. Nie rozpadłam się i to było właśnie największe zaskoczenie tego koncertu: że aż tak szybko można bez uszczerbku przejść od kontemplacji, wyciszenia do ekstrawertycznego świętowania beethovenowskiej energii. Myślę, że ta bezwypadkowość to zasługa “światłego kierownictwa”.
Marc Minkowski wparował po przerwie na scenę, gorąco witany przez publiczność, i odwracając się w stronę orkiestry po ukłonie, zasunął z półobrotu aż nadto znanym motywem: „ta ta ta taaaaa, ta ta ta taaaaa”. Zdążyłam jeszcze tylko pomyśleć „No tak, lecimy z Beciem”. A potem do końca już gnałam z tą muzyką jak rwącą rzeką. Ileż tam się działo! Muzyka Żywa przez bardzo duże Ż. Moc żywiołów i ten, który się nie lęka, czyli Marc Minkowski. Jazda bez trzymanki. I było widać, jak wielką sprawia jemu i orkiestrze radość, jak chętnie muzycy przystają na to „szaleństwo”. I ta niewyobrażalna, wypływająca z muzyki, kreatywność ruchowa MM, która przekłada się potem na artykulację i brzmienie. Zagrzewanie poszczególnych grup instrumentów „do walki”. Kontrasty, zaskoczenia. Bezustanne dorzucanie do pieca. To już nie było, jak w II Symfonii, mruganie kącikiem oka, to było miotanie żywiołami. Kąpiel w czystej energii. Wyszłam z niej jak nowa. A Filharmonię Pomorską było wczoraj chyba świetnie widać z kosmosu, tak świeciła energią tego koncertu.