Kanały:
Wpisy
Komentarze

Then what? / Co wtedy?

Suppose you scrub your ethical skin until it shines,
but inside there is no music, then what?

Mohammed’s son pores over words,
and points out this and that,
but if his chest is not soaked dark with love,
then what?

The Yogi comes along in his famous orange,
but if inside he is colorless, then what?
—KABIR, THE KABIR BOOK

To najbardziej inspirujące życzenia noworoczne, jakie w tym roku dostałam. Wszystkim muzyki, miłości i kolorów inside :-)

Dzięki nożycom do cięcia mgły i parasolowi przedarłam się wczoraj z Poznania do Filharmonii Pomorskiej. Rozsiadłam się jakieś dwadzieścia minut przed rozpoczęciem koncertu na swoim miejscu, przeczesałam wzrokiem program i pogrążyłam się w oczekiwaniu na utwór Oliviera Greifa. Czekaniu towarzyszyło rozmyślanie: jak to jest, że na tego Greifa to ja się wprost doczekać nie mogę, a Beethovenowi jakoś nie mogę zapomnieć partii wokalnych w IX symfonii i dlatego czekam na niego jakby mniej. A potem, już po zapowiedzi koncertu, ogarnął mnie doskonały nastrój, bo na scenę zaczęła wchodzić orkiestra, co oznaczało, że za chwilę pojawi się tam i Marc Minkowski czyli dyrygent ulubiony za cech tak wiele, że nawet nie zaczynam wymieniać. Już na pierwszych taktach II Symfonii w mojej wyobraźni pojawił się pomnik Beethovena (takie to człowiek w głowie nosi schematy). I podczas wykonania zaczął ożywać – tu machnął palcem, tam poruszył brwią, kącikiem oka, tam mu podbródek drgnął – chyba bawił się dobrze Bo to była zabawa w gonienie króliczka. MM i Sinfonia Varsovia raz po raz łapali go lekko za ucho, wołając: „Mozart, Mozart”, „Haydn, Haydn”.  Był w tym lekko szelmowski chichot i sporo wdzięku.
A później już wyczekany Koncert na wiolonczelę i orkiestrę „Durch Adams Fall” Oliviera Greifa z 1999 roku. Jak powiedział Marc Minkowski w zapowiedzi, to koncert przeznaczony do wykonania po zakończeniu liturgii, medytacja nad upadkiem człowieka. Partię solową wykonywał Henri Demarquette, któremu ten koncert jest dedykowany, i który oczywiście uczestniczył w prawykonaniu w Katedrze Notre-Dame. Mam wrażenie, że Greif eksploruje swoją muzyką mroczne obszary ludzkiej natury. Ale nie ma w tym straszenia, grożenia palcem, epatowania grozą. Jest medytacyjny wgląd – jak gdyby patrzył i kontemplował wewnętrzny krajobraz, płynnie „prowadząc kamerę”, nie oceniając tego, co widzi, „filmując”, żeby nam o tym opowiedzieć. Dla mnie wczoraj na Greifie czas się zatrzymał. I miałam wrażenie, że muzycy grali duszą, a Marc Minkowski duszą dyrygował. Solista bardzo sugestywny i naturalny – wyraźnie ma tę muzyką uwewnętrznioną, wprowadzoną do krwioobiegu. Po wykonaniu zarówno Henri Demarquette jak i Marc Minkowski pełni wzajemnej i ogólnej wdzięczności za to, co się wydarzyło. To było bezcenne pół godziny. Greif pozostawił mnie w stanie wewnętrznej ciszy, trudno to właściwie opisać. Wokół chodzili, rozmawiali ludzie (była przerwa), odbierałam to wszystko bez przykrości, ale sama jeszcze byłam tym, co usłyszałam przed chwilą. I trochę się bałam, czy pod wpływem V Symfonii, jej ekstrawertycznej energii, nie rozpadnę się na kawałki. Nie rozpadłam się i to było właśnie największe zaskoczenie tego koncertu: że aż tak szybko można bez uszczerbku przejść od kontemplacji, wyciszenia do ekstrawertycznego świętowania beethovenowskiej energii. Myślę, że ta bezwypadkowość to zasługa “światłego kierownictwa”.

Marc Minkowski wparował po przerwie na scenę, gorąco witany przez publiczność, i odwracając się w stronę orkiestry po ukłonie, zasunął z półobrotu aż nadto znanym motywem: „ta ta ta taaaaa, ta ta ta taaaaa”. Zdążyłam jeszcze tylko pomyśleć „No tak, lecimy z Beciem”. A potem do końca już gnałam z tą muzyką jak rwącą rzeką. Ileż tam się działo! Muzyka Żywa przez bardzo duże Ż. Moc żywiołów i ten, który się nie lęka, czyli Marc Minkowski. Jazda bez trzymanki. I było widać, jak wielką sprawia jemu i orkiestrze radość, jak chętnie muzycy przystają na to „szaleństwo”. I ta niewyobrażalna, wypływająca z muzyki, kreatywność ruchowa MM, która przekłada się potem na artykulację i brzmienie. Zagrzewanie poszczególnych grup instrumentów „do walki”. Kontrasty, zaskoczenia. Bezustanne dorzucanie do pieca. To już nie było, jak w II Symfonii, mruganie kącikiem oka, to było miotanie żywiołami. Kąpiel w czystej energii. Wyszłam z niej jak nowa. A Filharmonię Pomorską było wczoraj chyba świetnie widać z kosmosu, tak świeciła energią tego koncertu.

Nie spodziewałam się, że tej jesieni spotka mnie coś tak przeszywająco niejesiennego. W piątek przyszła przesyłka od M. (dzięki Ci, o dobra Kobieto!), włączyłam DVD i stało się – pełnia szczęścia, eksplozja lata. Co zobaczyłam? Film o jubileuszowym projekcie “Do Świętej Cecylii” Marca Minkowskiego i Les Musiciens du Louvre. Marc, z głową kwitnącą pomysłami, postanowił za jednym zamachem obejść rok Purcella, rok Haendla i rok Haydna i pożenić ich za zgodą i z udziałem  Świętej Cecylii. Jak udane to stadło, mieli szczęście przekonać się słuchacze koncertów w Londynie, Paryżu, Brukseli i Grenoble na początku tego roku, na których zabrzmiały kolejno “Ode to St. Cecilia” Purcella,  ”Ode for St. Cecilia’s Day” Haendla i “Msza Cecyliańska” Haydna. Na pocieszenie dla nas pozostałych ukazał się dwupłytowy album (odlot, lewitacja), niebawem będzie dostępny i w Polsce. No i powstał film, który niedawno wyemitowała telewizja Arte. Pokazuje fragmenty koncertu w Grenoble, prób i sesji nagraniowej. Ale to nic innego jak zgrabny pretekst. Tak naprawdę to film o miłości do muzyki, wielkiej jak stąd w kosmos. O bezwarunkowym oddaniu.  O odwadze latania i przyprawiania innym skrzydeł. I o wzajemności w uczuciu takiej, że trudno już stwierdzić, kto tu kocha bardziej – MM M (Marc Minkowski Muzykę) czy M MM (Muzyka Marca Minkowskiego). Zresztą kiedy MM dyryguje, to stają się jednym – muzyka przepływa przez niego w sposób najbardziej naturalny pod słońcem. A w pełnię lata wtrąciła mnie zbiorowa gorączka, która bije z ekranu – płonące oczy, uszy, palce, instrumenty, głosy, rozżarzona muzyka. I fragmenty sesji nagraniowej… Półmrok, twarze, na których pięknie odmalowuje się zmęczenie, subtelne uśmiechy, rozpuszczenie się w muzyce, bezbronność. Wszyscy są już zbyt zmęczeni, żeby “trzymać fason” – sił starcza tylko na to, by grać i śpiewać. Jednym z fragmentów „Ody do Św. Cecylii” Purcella MM dyryguje na siedząco. Niewielkie ruchy, wszystko jest w oczach – jego i muzyków. I płynie muzyka, w której piękno wierzy się tylko na czas jej trwania. Nie sposób sobie go wyobrazić, można tylko usłyszeć.

Choć tytuł pierwszego koncertu tegorocznej edycji cyklu „Gdy muzyka była młodsza” u Dominikanów w Łodzi brzmiał „Skrzypce Jana Sebastiana”, okazało się, że skrzypce były, jak w tytule mojego wpisu, wspólne. Jan Sebastian zgodził się ich użyczyć, czy też Sirkka-Liisa Kaakinen sama je sobie wzięła, a on nie protestował – wersja wydarzeń nie jest pewna. Pewne natomiast jest, że skrajnie zindywidualizowane wykonanie Sonaty g-moll i Partity d-moll na skrzypce przyprawiło nas, słuchaczy, o gorączkę.

Bach to muzyka „od święta” – tak cenna, że dawkuję ją sobie oszczędnie. Słyszę w niej duchowy wgląd i szeroki horyzont, spokój, pogodną akceptację i pewność. Jest tak doskonała w formie i zdecydowana w wypowiedzi, że broni się nawet w średnich wykonaniach, nie poddaje się wyjałowieniu. Wydawałoby się, że brakiem pokory będzie w obliczu takiej doskonałości podejście skrajnie indywidualne, że Bach się zdenerwuje, odmówi współpracy, zatrzaśnie tajemne drzwi, których zwykle uchyla. Ku mojemu zaskoczeniu nic takiego się nie stało. Sirkka-Liisa nie rozsadziła bachowskiej formy, przeciwnie – doskonale ją zrealizowała. Bach się nie obraził, ale wszedł z nią w synergetyczną relację. Co go do tego skłoniło? Chyba odwaga bezwarunkowego otwarcia się przed słuchaczami, dojrzałość, moc artystycznego i duchowego przekazu. Na taki subiektywizm może sobie pozwolić mało kto, bo też trzeba uwewnętrznić tę muzykę, przyjąć ją do własnego krwiobiegu. Bachowskie płytki krwi rosną powoli, transfuzja nie jest możliwa. A żeby zagrać jak Sirkka-Liisa w październikowy wieczór u Dominikanów, trzeba mieć Bacha we krwi. Czułam, że podczas tego wykonania i moja krew płynie Bachem, że oddycham nim, pulsuję, wznoszę się na energetyczne wyżyny. To było również doznanie fizyczne, odczuwalna zmiana fizjologii.

W trakcie koncertu przypomniała mi się jedna z moich ulubionych wypowiedzi Piotra Kamińskiego, który kiedyś pisał na blogu Doroty Szwarcman, że sporo wykonawców podcina Bachowi nogi, że ma on u nich „tylko skrzydła, a nie ma nóg”, „anielski jest, aż mdło”. I dalej: „A dla mnie Bach musi sięgać od nieba do ziemi, czarnej gleby, musi być chłopski, czarnoziemny i niemiecki, wierzgać rytmem i warczeć słowem. Kiedy Bach nie jest trochę straszny i trochę brzydki, to mu czegoś brakuje”. Tego wieczoru Bach stał mocno na ziemi, z rozpostartymi skrzydłami sięgającymi do nieba. Wierzgał, warczał, śpiewał i … porywał słuchaczy.

Słowo po sobocie

Wpis dedykowany wszystkim uczestnikom wydarzenia, na które wybrałam się wczoraj do Warszawy, a szczególnie Kompozytorowi i Wykonawcom

Czasem zastanawiałam się, jak to jest, że polskie współczesne utwory chóralne (a i sporo muzyki współczesnej w ogóle) tak często emanują agresją. Przebąkuje się o duchu czasów (biedny Zeitgeist – chłopiec do bicia), „innej” wrażliwości współczesnego człowieka (czytaj: stępionej), dużym tempie życia. Za czasów śpiewania w chórze miewałam poczucie marnowania energii na wielomiesięczne nieraz przygotowywanie utworów, które stawiały wysokie wymagania techniczne i… kryły pustkę duchową za dużą ilością dźwięków. Bo tak można: zakrzyczeć, ogłuszyć, oszołomić tempem i gęstością faktury. I wielu słuchaczy (a bywa, że i wykonawców) jest pod wrażeniem i bez szans, by dowiedzieć się, skąd właściwie to wrażenie. To muzyka walenia obuchem – po duszy i emocjach.

Wczoraj było zupełnie inaczej. Pasja według Świętego Jana z muzyką Stanisława Szczycińskiego okazała się utworem, w którym jest przede wszystkim Opowieść, a obrane środki techniczne służą wyłącznie jej przekazaniu. To muzyka, która nie operuje krzykiem, lecz intensywnością. Nie próbuje anektować słuchaczy i zmuszać ich do przeżywania, już raczej łagodnie zaprasza do wspólnej wędrówki. I jeśli są w niej łzy, to nie łzy egzaltacji, tylko łzy wypłakane do wewnątrz, takie, które przemieniają – nie tyle służą celebrowaniu bólu, co są zachwytem nad ogromem miłości, której dostępuje człowiek. Szczególnie zagęszczone pod tym względem są czterogłosowe pieśni, „osobisty komentarz Kompozytora, współczesne odniesienie do zdarzeń sprzed 2000 lat”. Właśnie intymność wypowiedzi, ale i śpiew Bornus Consort – szlachetny, świadomy, operujący bogatym rejestrem duchowej skali – spowodowały, że te pieśni poruszyły we mnie najdelikatniejsze i najgłębiej ukryte struny. A śpiew Ewangelisty, Roberta Pożarskiego, to śpiew, o którym aż trudno potem pomyśleć, że był możliwy (zarówno w sensie technicznym i duchowym) i człowiek pyta sam siebie, czy aby naprawdę go słyszał.

To budujące, że można opowiadać i przeżywać w ten sposób. Wczorajsze wykonanie Pasji według Świętego Jana było jak delikatne uchylanie drzwi do transcendencji, drzwi, które każdy człowiek ma w sobie.

19 IX 2009, g. 13.10
parafia Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie
Pasja według Świętego Jana
Kompozytor: Stanisław Szczyciński
Wykonawcy: Bornus Consort i Camerata Vistula

Bardzo polecam płytę!

Wolność śpiewu

Opisywane tutaj wcześniej majowe warsztaty z Marcelem Péresem we Wrocławiu opuściłam z solidnym postanowieniem wykucia się swojej partii “Messe de Notre-Dame” Guillaume’a de Machaut, co też, w miarę możliwości, uczyniłam. Dzięki „kuciu” oswoiłam się z tą muzyką, jej oddechem i pulsowaniem. We Wrocławiu odbierałam ją jeszcze jako zjawisko w swej obcości niemal marsjańskie, w Jarosławiu okazała się dla mnie bytem ziemskim skierowanym w niebo.

W niedzielę zaczął się festiwal “Pieśń naszych korzeni”, a w poniedziałek warsztaty. Najpierw prześpiewanie fragmentów odczytanych we Wrocławiu i miła konstatacja, że umiemy swoje partie. Potem kilkudniowe i żmudne odczytywanie „Credo”, mniej żmudne „Sanctus”. Codzienna walka o kształt, kucie surowej materii, liczne powtórzenia, kryzysy zmęczenia i wzloty ducha, kiedy składały się nam w całość kolejne fragmenty. I w tym wszystkim Marcel Péres, z całą swoją Obecnością, uważnością, cierpliwością, psychicznym i duchowym nadmiarem, obdzielający wszystkich wokół, wirujący w centrum kosmosu muzyki Machaut i coraz bardziej nas wszystkich w ten kosmos wciągający.

I wreszcie koncerty (jakkolwiek nieadekwatne to słowo). I śpiew Marcela. Śpiew duszy, śpiew ukierunkowany, śpiew, w którym jest niezwykle bogaty wewnętrznie człowiek. Tylko że słuchając, zapomina się o jego obecności. On i śpiew to jedno, nie on śpiewa, jego śpiewa, on jest śpiewem. Ten śpiew, wydaje się, był i jest od zawsze i zawsze na nowo się staje – ma niezmienny rdzeń, ale pulsuje życiem i nigdy nie powtarza się w tym samym kształcie. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam z taką intensywnością i z tak bliska stawania się śpiewu, jego zmienności, siły twórczej, zdolności stwarzania duchowej rzeczywistości, której mieszkańcami stają się wszyscy obecni, nieważne czy śpiewają czy nie. Taki śpiew, przed którym nie ma ucieczki, ale i nikt nie chciałby przed nim uciekać, bo jest wolnością.

Pisząc to wszystko, mam poczucie nieadekwatności. Słowo tak daleko nie sięga. W każdym razie po tym doświadczeniu już nic nie będzie tak jak przedtem. A relacja z Jarosławia za czas jakiś, w innym miejscu (niniejszym obiecuję wklejenie linka, jak tylko zaistnieje taka możliwość).

PS. Spełniając obietnicę, zapraszam do lektury relacji z Jarosławia.

Starsze wpisy »