Po powrocie z pierwszej w tym roku odsłony cyklu “Opera rara” w Krakowie nadal jeszcze jestem w stanie wskazującym na spożycie opery barokowej w dawkach upajających. Na szczęście jest to stan na tyle rzadko występujący, że nie pojawił się pomysł zorganizowania izb wytrzeźwień. Gdyby mnie tam zamknęli, chyba szybko bym nie wyszła. Wczoraj miałam poczucie, że siedzę sobie, ot tak, blisko serca opery, jej żywej istoty (dokładnie w trzecim rzędzie) i na przemian, to ogrzewam się w jej cieple, to kąpię się w skondensowanych emocjach, wysyłanych do mnie za pośrednictwem głosów i instrumentów, rezonując tym, co dzieje się na scenie.
Jean-Christophe Spinosi znalazł przepis na Vivaldiego poza sztampą, schematem, nudą powierzchownej i przewidywalnej powtarzalności, z wyrazistymi i zarazem niejednoznacznymi, a przez to bliskimi ludzkiej naturze postaciami. Słyszalnie zgłębił tę partyturę po najdrobniejsze szczegóły, przepuścił przez swoją wrażliwość, nie tracąc przy tym dramaturgicznego oglądu całości. Właśnie: „całość” to kluczowe słowo. Wszyscy, którzy weszli wczoraj na scenę, stanowili jeden sprawnie działający, poruszający się w tym samym tempie i kierunku organizm. Kunsztownie grający i śpiewający, dysponujący mnóstwem odcieni artykulacyjnych i emocjonalnych. Organizm o ambicjach wyrafinowanego kameralnego muzykowania. Trochę tylko martwiłam się, na ile te subtelności, które z bliska chłonęło się z każdym taktem, można odebrać w dalekich rzędach. Kolega, który przesiadł się na drugą część z tyłu na przód sali, stwierdził że to jakby trafić z ziemi do nieba.
Jean-Christophe Spinosi ujął mnie swoim buzującym entuzjazmem. Jego mina i całe ciało mówiły donośnie: „Rany, ludzie, patrzcie i dziwcie się, jakie to piękne!” Chwilami miało się wrażenie, że z trudem powstrzymuje się, by nie wyskoczyć z butów, a mikrofon, który za nim stał, też nie wydawał się być bezpieczny.
Świetnie prowadził wokalistów – wychodził do nich, dosłownie i w przenośni, wsłuchiwał się w niuanse, symultanicznie tłumaczył rękami orkiestrze, co wysłyszał. Takie przykładanie ucha do duszy postaci. Śpiewacy chętnie się w to bawili, odsłaniając głosami coraz to nowe meandry charakterów. Dzięki temu zrobił się z tego film bardzo kolorowy, nie czarno-biały. Zresztą kiedy miny dyrygenta mówią: „Ale świetnie śpiewasz / wiem, że zaraz mnie zachwycisz / ale ci wyszła fraza / co za barwa / chyba cię ozłocę”, to jak zapał śpiewaka może nie urosnąć?
No właśnie, śpiewacy. Świetny, wyrównany zespół, słabe ogniwa: brak.
Maria Grazia Schiavo wiła się wczoraj na scenie jak wąż, ale wąż zaklinający otoczenie, bo przecież nie zaklinany. Całe ciało jak zwykle w akcji, łącznie z kolanami, biodrami i rękami – efekt równie wszechobejmujący. Z jednej strony to rasowe wokalne zwierzę (wspaniały instynkt, brak wątpliwości na scenie i wynikająca z tego siła przekonywania), z drugiej strony – postępujące wyrafinowanie środków wokalnych. Maria Grazia śpiewa coraz lepiej, coraz lepiej kreuje, coraz więcej w niej odcieni. Wczoraj to wyrzucała nas w kosmos prądotwórczymi ariami, to koiła aksamitnym liryzmem. Przy arii zamykającej część pierwszą napięcie rosło z każdym taktem, Jean-Christophe purpurowiał z emocji, a publiczność eksplodowała owacją. Głos ma w świetnej formie, wbrew temu, co próbowała zasugerować przed jedną z arii dramatycznie odkasłując i kręcąc głową, że jest źle. Było świetnie. To urodzona zwyciężczyni – gwałtowny gest, jakim przewraca nuty, jej wzrok po odśpiewaniu arii mówią same za siebie. Bardzo mi się podobało, że jako męski bohater nie próbowała pójść w sztampę – tzn. ręce w kieszeniach, nogi rozstawione, srogi wyraz twarzy i oto z kobiety mamy faceta. Pokazała, że wszystko można wyrazić głosem.
Robercie Invernizzi wczoraj rola szczęśliwie dała sporo momentów, w których mogła emanować swoim najszlachetniejszym wokalnym aksamitem. Aż było mi szkoda, że każda dramatyczna aria, którą wykonuje, też bardzo dobrze zresztą, nie jest arią liryczną. Bo to nie jest głos, który chciałby ciąć powietrze, on żyje z nim w idealnej symbiozie, wydając na świat niewiarygodną wręcz liczbę odcieni liryzmu. Słuchanie Roberty to jak subtelne strojenie duchowego potencjometra, człowiek robi się od tego wrażliwszy. Jej właśnie zawdzięczam najwięcej wzruszeń.
Kontratenor David DQ Lee, Koreańczyk, pokazał przepiękny dźwięczny głos, zachwycający w momentach lirycznych, ale i z potencjałem dramatycznym. Niezwykły kunszt śpiewania długich dźwięków – chciałoby się, by trwały i trwały, takich nigdy dosyć. Z CV wynika, że to śpiewak bardzo wszechstronny. Z jednej strony kusi mnie, by napisać, że rodzaj obecności na scenie wskazuje na duży talent komiczny, z drugiej trudno zignorować przekonujący liryzm i momenty bardzo eteryczne. Jednoznacznie za to mogę napisać o jego radości śpiewu, na którą bardzo przyjemnie było patrzeć. Podobnie jak na radość Jennifer Holloway, mezzosopranistki. Dysponuje ciemnym głosem i to dzięki niej po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak dobrze w operze działa umowność. Dorzucając nieco szorstkości, wyczarowała postać kobiecą pełną gębą, z tych dziarskich, zwartych i aktywnych. A jak już jesteśmy przy szorstkości, to w tej kategorii przodował bas, Christian Senn. Wspaniały, wyrazisty, szorstki jak gruboziarnisty papier ścierny. Dał w swojej postaci popis bezwzględności, despotyzmu i wredoty. Jakby tego było mało pod koniec, nie dostawszy czego chciał, na chwilę wysubtelniał – i słuchanie tego też było nie lada przeżyciem!
Rolę ojca śpiewał natomiast emanujący wrażliwością, momentami nawet pewną kruchością, tenor Tilman Lichdi. W jego wydaniu był to mężczyzna dojrzały, w którym równoważą się z pożytkiem dla niego i otoczenia cechy męskie i żeńskie. Mądry, empatyczny i wrażliwy.
Ale te wszystkie te wokalne i orkiestrowe wspaniałości byłyby niczym, gdyby nie porywający całokształt. Obie części minęły mi jak chwila, choć całość trwała ok. 2 h + 1,5 h (niepełne). Od pierwszego do ostatniego dźwięku było to przebywanie w innym wymiarze, w poczuciu bezczasu, zagęszczonego i zintensyfikowanego istnienia. Tak właśnie działa wehikuł opery.
[...] po sieci trafiłem na relację z koncertu otwierającego tegoroczną edycję Opery rara – Veni, vidi Vivaldi czyli La Fida Ninfa w Krakowie.. Autorka nie szczędzi pochwał wykonawcom czwartkowego przedsięwzięcia. Jean-Christophe Spinosi [...]
Dziękuję za zauważenie i pozdrawiam
Zastanawiałem się, czy się wybrać. Stwierdziłem, po wysłuchaniu płyty, że o ile zachwycają mnie soliści (na płycie, czyli inni niż na koncercie), o tyle sam Spinosi nie… No i nie wybrałem się. Cóż, mam nadzieję, że Handel w Wielkanoc już mi nie umknie.
PAK-u, przyznam się, że jechałam do Krakowa z pewną dawką sceptycyzmu wobec Spinosiego. Dobrze przeżyć tak pozytywne zaskoczenie
Zapewne świetnie wiesz, ale ja sie zawsze dowiaduję ostatni — Anne Sofie von Otter dołącza do artystów nagrywających dla Naive
Cieszę się bardzo – natknęłam się niedawno na youtubie na filmik, w którym opowiadała po angielsko-francusku jak bardzo się cieszy, że stała się naivna
O ten: http://www.youtube.com/watch?v=B6mMRBAJQo4
Beato,
aaaa… – to piąty marca, nie kwietnia!…
) — :
) – pierwszą część koncertu podsłuchiwałyśmy rozmawiając a wywiadu i 2. części wysłuchałam już w prawie-pełnym skupieniu (nabożnym?
)…
Nie na temat (patrzę, patrzę…
przepraszam, że z prawdopodobieństwa 78.(99)% dotarcia na Wielkanocno-Poniedziałkowy finał MIsteriów Paschaliów zrobiło się 00.00% (znajoma z odległego miasta z problemem, przejazdem
Do zobaczenia gdzieś-kiedyś. Najpóźniej? – pewnie na Minkowskim w grudniu (Opera Rara), ale może wcześniej…
Basia
Basiu, tak tak, wzrok Cię nie myli (jeszcze mieliśmy wtedy zimę w pełni)
Pasja Janowa czeka spokojnie na opisanie i w końcu się doczeka. Na razie powrót do rzeczywistości – od jutra trzeba na nowo “zatrybić” 
Dzięki za wiadomość – trochę się wczoraj rozglądałam, ale domyśliłam się, że te procenty coś narozrabiały. Na koncercie było pięknie – soczyście, śpiewnie, uczuciowo i koloraturowo.
Pozdrawiam i do zobaczenia
Beato, patrz prosze:rysberlin 6 czerwiec 10, 09:01
u Bobika